Od prawie siedmiu
lat mieszkam w Irlandii. Mam tu męża, dom, psy, pracę, swoje pasje... czy można
czegoś więcej chcieć od życia? Ślub wzięliśmy w maju tego roku. Miesiące
przygotowań, podekscytowania i planowania sprawiły, że trzy miesiące po ślubie
poczułam... pustkę. Już nie mam czego wyczekiwać, co planować... życie zaczęło
biec swoim własnym, nudnawym torem... Wpadłam w depresję. Przestały mnie nawet
cieszyć seks, moje hobby oraz psy. Nie na żarty się przeraziłam, gdy
uświadomiłam sobie, że coraz częście myślę o śmierci... o samobójstwie. Nie
wierzę, że to napisałam, że się przyznałam, ale miało być uczciwie - jest więc szczerze
aż do bólu. Tak bardzo się tych myśli przeraziłam, że teraz zmuszam się do
odsuwania ich od siebie, kiedykolwiek się pojawią. Wiem, że mogę w to wpaść tak
głęboko, że już się nie wydostanę, a wtedy nie będzie odwrotu. Nie rozumiem
tylko, skąd te myśli? Mam wszystko, czego dziewczyna mogłaby sobie zamarzyć:
wspaniałego, przystojnego, mądrego, czułego, pracowitego męża, który mnie kocha
ponad życie. Dwa psy, które zawsze chciałam mieć, odkąd tylko pamiętam. Piękny
dom, któtego urządzanie sprawia mi niesamowitą satysfakcję. Podziw znajomych,
którzy ten dom widzieli. Bloga, który daje mi spełnienie. Pracę, która jest OK
(mogłoby być lepiej, ale hej - mamy recesję. Dobre i to). Zarówno ja, jak i
moja rodzina jesteśmy zdrowi. Mam kilku dobrych znajomych... Skąd ta depresja?
Koleżanka mówi -
zrób sobie dziecko, będziesz miała czym się zająć (gdy mówiłam jej o poślubnej
pustce). Ale jak mogę mieć dziecko, jeśli w mojej głowie nic nie jest jeszcze 'poukładane'?
Od lat działałam naiwnie, czasem wręcz dziecinnie, nie przywiązując większej
wagi do wypowiadanych słów, ludzi, których zraniłam lub moich uczuć. Jak mogę
zrobić sobie dziecko? Przelać na nie wszystkie swoje negatywne emocje i
zachowania? Skazać je na bycie nieszczęśliwym? Mam 29 lat i (na razie) nie chcę
dzieci. Czy to normalne?

